Sophie wyszła z szatni, wiążąc włosy w kucyk i poprawiając ochraniacze na kolanach. Była dziś pierwsza, dlatego też postanowiła wykorzystać wolny czas na poćwiczenie wybicia i rzutu z padem. Zawsze miała problem z wycelowaniem przy takiej sytuacji w bramkę, jednak ostatnio jakby się to pogłębiło. Zrobiła sobie krótką, ale intensywną rozgrzewkę.
Gdy poczuła skórzaną strukturę piłki, przestała myśleć o wszystkim. Upatrzyła sobie jeden punkt w bramce, zrobiła kilka kroków, udała zwód i rzuciła. Czując, że ląduje na brzuchu, cały czas obserwowała tor lotu piłki, która teraz odbiła się od słupka i potoczyła na środek boiska. Zaklęła, uderzając pięścią w parkiet. Była wściekła na siebie, że przy pustej bramce i braku obrony nie może trafić. Jak w takim razie wycelować w meczu?
Próbowała ciągle, aż zaczęły ją boleć kolana i ręce od upadków. Usiadła na chwilę, biorąc niewielki łyk wody i ściskając w ręce piłkę.
- Sophie, ty już tutaj? - usłyszała za sobą znajomy głos.
- Tak, trenerze. Rzuty mi nie idą - uśmiechnęła się, widząc spokojną twarz szkoleniowca.
Wzięła kilka oddechów, rozgrzała bardziej nadgarstki i stawy skokowe, po czym wstała. Zobaczyła koleżanki wchodzące na boisko, uśmiechnęła się i stanęła na swoim zwykłym miejscu, kozłując piłkę.
- Dziewczyny, rozgrzewajcie się. Zagramy sobie meczyk.
Kilkanaście minut później trener podzielił zawodniczki na drużyny. Ten mężczyzna w średnim wieku był dla drużyny jak ojciec. Dziewczyny wiedziały, że z każdym problemem, nie tylko w związku z formą, mogą się do niego zgłosić. Człowiek ten był bardzo empatyczny i rozumiał każdą z ich spraw.
Sophie przejęła piłkę i przerzuciła ją do koleżanki na prawym skrzydle. W tym samym czasie popędziła do przodu, by zdążyć zrobić wyskok. Wiedziała, że Ana poda piłkę do niej, ćwiczyły ten manewr wiele razy. Wszystko działo się w sekundach, odbicie z lewej nogi, chwyt i szybki rzut w prawy górny róg, zderzenie z bramkarką, która wychodząc do przeciwnika chciała skrócić kąt rzutu, upadek. I ból w kolanie, uczucie przesunięcia się rzepki.
- Kolano! - krzyknęła, odwracając się na plecy i zakrywając oczy dłońmi. - Nie chcę na nie patrzeć. Dzwońcie po pogotowie.
Koleżanki zgromadziły się wokół niej, próbując pocieszać. Ktoś zadzwonił po zespół medyczny, inna osoba przyniosła lód.
- Rzepka jest na miejscu - Ana uklękła przy Sophie i przytuliła ją. - Tylko się teraz nie rozklejaj.
Szatynka szybko otarła kilka łez spływających po jej twarzy i uśmiechnęła się, choć był to wymuszony gest. Spróbowała zgiąć kolano, jednak znów pojawiło się nieprzyjemne odczucie i ból przy przesunięciu rzepki.
- Nie, zostaw! - usłyszała głos trenera.
Kilkanaście minut później, gdy ratownicy przetransportowali ją już do karetki odważyła się spojrzeć na nogę owiniętą bandażem i ustabilizowaną przez szynę.
- Nie wygląda to dobrze - westchnął jeden z nich. - Nie będę cię oszukiwać. Więcej powiedzą ci w szpitalu, ale chyba powinnaś być gotowa na artroskopię.
Braun opadła ciężko na nosze i próbowała powstrzymać płacz. Teraz, gdy się w miarę ułożyło, gdy miała szansę pojechać na mistrzostwa, gdy wychodziła na prostą. So, rozkleisz się w domu - pomyślała. Westchnęła głęboko i spojrzała na ratownika, który uzupełniał coś w papierach.
- Leki chyba zeszły. Już nie jestem aż tak śnięta - uśmiechnęła się.
- Musieliśmy ci jakoś to zaopatrzyć - wskazał na nogę. - Cieszę się, że już lepiej.
Godzinę później leżała na na szpitalnym łóżku, czekając na swoją kolej u lekarza pełniącego dyżur na oddziale ratunkowym. Skończyła rozmawiać z Aną, która obiecała przyjechać, gdy tylko skończy się trening. Sophie cieszyła się, że nakłoniła koleżankę do pozostania tam. Pogrążona w rozmyślaniach nie zauważyła, że na korytarz zostało wwiezione przez ratowników nowe łóżko, na którym leżał młody chłopak. Był poturbowany, lecz przytomny. Na szyi miał kołnierz i również nogę w prowizorycznej szynie.
- Nie podnoś się - głos jednego z mężczyzn wyrwał ją z rozmyślań. - Odpoczywaj, doktor zaraz cię przyjmie.
Sophie spojrzała uważnie na chłopaka i stwierdziła, że skądś go kojarzy.
- Co się stało? - spytała łagodnie.
- Sport to nie zdrowie - wzruszył ramionami i jęknął z bólu. - A tobie?
- Mogłabym powiedzieć to samo. Jestem Sophie - wyciągnęła do niego rękę.
- Andreas.
____
Dawno nic nie pisałam. Już z dwa lata, jeśli nie więcej. Postanowiłam spróbować jeszcze raz. Czy się uda? Mam nadzieję, że tak. Mam nadzieję, że ktoś tutaj ze mną będzie.
Jeśli by się wam spodobało to wpisujcie się do zakładki informowani.
Jeśli mnie nie pamiętacie, to się przedstawię.
Jestem Tyśś.
I chyba wracam do pisania.
Całuski ;*
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńJa będę na pewno! 😊 Prolog bardzo mi się spodobał i zaciekawił... I choć znalazłam się tutaj kompletnie przypadkowo, zostaję zdecydowanie na dłużej.
OdpowiedzUsuńWspółczuję Sophie... 😣 Ta kontuzja może przekreślić wszystkie jej plany i marzenia. Mam tylko nadzieję, że się nie załamie i za jakiś czas, wróci na boisko, jeszcze silniejsza.
Andreasa podobnie, jak główną bohaterkę czeka pewnie dłuższy rozbrat ze sportem.
Ale we wszystkim trzeba widzieć plusy. W końcu dzięki nie najszczęśliwszemu zarządzeniu losu. Mieli okazję się spotykać, co dało początku interesującej znajomości.
Czekam na dalsze rozwinięcie tej historii.
Życząc dużo weny. 😊
dotarłam i ja! Co prawda notkę przeczytałam już wczoraj, ale nie chciałam komentować z telefonu.
OdpowiedzUsuńZaczęło się ciekawie, dlatego też chętnie zostanę na dłużej. Masz duży plus za to, że historię już na samym początku oparłaś nieco na własnych doświadczeniach. Mam jednak nadzieję, że tutaj nie będzie tak źle jak u ciebie.
Niewiele dziś napiszę, bo święta przyprawiły mnie o ból głowy (dosłownie), dlatego też więcej postaram się naskrobać pod następną notką. Pozdrawiam i życzę wytrwałości w dalszym tworzeniu :)